sobota, 22 marca 2008

...


Pardąsik za przerwę. W nagrodę - opowiadanie. Teraz poważnie proszę o komentarze, bo lubię jak się wypowiadają o moim megafunkypisaniu. WESOŁYCH ŚWIĄT.

bierzcie i czytajcie z tego wszyscy...


skrupulatność jest cnotą







Wlazłem do muzeum, sam nie wiem czemu. Podszedł do mnie jakiś człowiek i dał ciapy, takie foliowe. Były niebieskie i od razu mi się nie spodobały. Powiedziałem, że ich nie chcę, na co on, że muszę. Wziąłem, a stróż, bo tak go w myślach nazwałem, kazał mi zapłacić złotówkę. Niechętnie wręczyłem mu pieniążek w mokrą od pałaszowanych z apetytem pomarańczy dłoń. Ruszyłem w głąb gmachu ubrany, jak kretyn, w niebieskie ciapki.

Wnętrze muzeum było chłodne i ciemne. Wydawało mi się dostojne. Wkoło mnie panowała cisza, czasem płoszona przez jakiegoś jegomościa, który takim samym kretyńskim ciapem jaki ja miałem na nogach, szurnął za głośno o podłogę. Przyjrzałem się obrazom. Trafiłem na wystawę sztuki nowoczesnej.

Spostrzegłem stojącego nieopodal toalet mężczyznę, który przyglądał się uważnie rzeźbie, która wyglądała jak rezultat wypadku fiata 126p, którego czołowo zmiażdżył TIR. Człowiek ten jednak wydawał się być wyraźnie zachwycony tą instalacją, gdyż raz po raz obchodził ją wkoło. To z jednej, to z drugiej strony - tak bez końca. Przykuł moją uwagę bardziej, niż wystawiane dzieła, więc zbliżyłem się trochę.

Aparycja nieznajomego miała w sobie coś ze staromodnego trendu, który zwykłem nazywać “melonik i parasol”. Angielski gentleman - jeśli miałbym go opisać w dwóch słowach, to właśnie te dwa słowa bym wybrał. Zerknął na mnie spod melonika, który miał na sobie i uśmiechnął się, ale już do siebie, oglądając znów uważnie powypadkowego malucha do kasacji. Nie miał na sobie niebieskich kapci.

- Czemu nie założył pan ciapów ochronnych? Podobno każdy musi.

Obejrzał mnie od stóp do głów w dość przyjazny sposób i ponownie na jego twarzy zagościł ciepły, niemal dobroduszny uśmiech. Obszedł dookoła całą rzeźbę i z drugiej jej strony wychynął na mnie ze słowami:

- Ja ich nie potrzebuję. Woźny mnie zna i wie, że ja raczej posadzki nie porysuję.

Woźny to pewnie stróż, który wcisnął mi te niebieskie bambosze za złotówkę. Nie wyglądał na człowieka, który odpuszczałby nawet przyjaciołom.

- Tak? - nie dowierzałem. - Skąd pan może znać takiego gbura, jak on? Nie wygląda pan na takiego człowieka, który zadaje się z gburami.

- A na jakiego człowieka wyglądam według pana? - zagadnął ze stoickim spokojem, ignorując moją, bądź co bądź, mało wyszukaną uwagę.

- Na człowieka... hmm, z wyższych sfer. Na biznesman'a, nawet arystokratę.

Roześmiał się szczerze i dobrotliwie, bez choćby cienia szyderstwa. Spojrzał na mnie granatowymi oczami i ruszył znów wkoło rzeźby, tłumacząc powoli, niby dziecku:

- Człowiek, którego raczył pan nazwać gburem jest moim serdecznym przyjacielem, który od czasu do czasu pozwala mi przyjść w to miejsce i umożliwia mi oglądanie tych dzieł. Poznałem go dawno temu. Był kierowcą. Przewoził pomarańcze z Hiszpanii do Łotwy, aż do feralnego dnia wypadku, gdzie stracił prawo jazdy. Teraz pracuje tutaj. - taksującym wzrokiem sprawdził moją reakcję na tę opowieść, by zaraz dodać, niby od niechcenia:

- Wie pan co to za rzeźba?

Podzieliłem się z nim swoimi odczuciami, dotyczącymi znajdującej się przede mną kupy złomu. Zareagował inaczej niż zwykle. Przystanął i zamyślił się na dłuższy czas. Na obliczu nieznajomego zagościł chłód, który tylko spotęgował ten muzealniany. Poczułem dreszcze.

- Wie pan co? Pan niewiele się pomylił, wie pan o tym? - zrobił krok i gdy tylko na nowo zaczął swój dookołarzeźbiany spacer, wróciła jego dawna, ciepła aura. - To faktycznie jest samochód, który uległ wypadkowi, lecz spudłował pan co do marki. To Ford.

- Naprawdę? Skąd pan to wie? Trudno w tym... czymś w ogóle zobaczyć samochód.

- Często tu bywam. - szeroki, radosny uśmiech wprost do mnie. - Zresztą, to moja ulubiona rzeźba.

Nie rozumiałem jego zachwytu. Postanowiłem się pożegnać i zostawić go razem z podziwem, którym darzył splot rur i powyginanych blach. Skłoniłem się, a on oddał ukłon. Bez słowa ruszyłem w kierunku toalety. Gdy wyszedłem, korytarz był pusty. “Dziwak” - mruknąłem do siebie. Wsunąłem dumnie ręce do kieszeni i poszusowałem na swych niebieskich ciapkach do wyjścia.

Zza kontuaru wychylił się stróż i krzyknął na mnie, żebym się nie ślizgał, bo to nie lodowisko, tylko muzeum. Doceniłem i uszanowałem jego spostrzegawczość, z żalem odpuszczając sobie dalsze szusowanie, które zaczęło sprawiać mi niemałą frajdę. Zdjąłem kapcioszki i wpakowałem do wypełnionego nimi kosza. Rzuciłem z przekąsem, że to faktycznie muzeum, a nie porodówka, żeby w takich obciachowych ochraniaczach chodzić, ale woźny bądź nie usłyszał, bądź słyszeć nie zamierzał, ignorując mnie zupełnie. Spytałem wtedy dlaczego pozwala chodzić bez ochraniaczy panu z melonikiem. Spojrzał na mnie wielkimi oczami. Pytanie potraktował jak policzek. Burknął:

- Komu? Każdy kto tu wchodzi musi założyć ochraniacze.

- Eleganckiemu jegomościowi w meloniku. On tych niebieskich papuci na nogach nie miał.

- Panie! Czy ja wyglądam na kogoś, z kogo sobie można żartować? Nikt bez ochraniaczy nie ma prawa chodzić po muzeum - niemal wykrzyczał to ostatnie zdanie, plując mi w twarz pomarańczą, którą kończył, a której skórki trzymał kurczowo w dłoni. - A jak się panu zasady BHP nie podobają, to do kierownika ze skargą. Albo lepiej - do ministra jakiego.

- No tak. Dobrze już... Tylko tamten pan mówił, że pana zna. Opowiadał, że był pan kierowcą i woził pan pomarańcze, potem miał pan wypa...

- Co ty wygadujesz? - przerywając mi, przeszedł ze mną dyskretnie na “ty”. - Opisz mi jeszcze raz, jak ten człowiek wyglądał. Melonik miał, powiadasz... No a oczy? Kolor oczu?

- Niebieskie. Bardzo ciemne... Granatowe wręcz. Oglądał samochód. Forda po wypadku, z którego ktoś tu dzieło sztuki próbował zrobić.

- No tak! Znam go. Oczywiście, że go znam. Tylko dziwię się, że go widziałeś, bo nie zauważyłem, żeby dziś przyszedł z wizytą do muzeum. Pewnie jeszcze nie przyjrzał się dokładnie swojemu ukochanemu autu. - zaczął skubać nową pomarańczę, dając mi do zrozumienia, że skończył ze mną rozmowę. Zdumiała mnie jednak pewna rzecz, o którą musiałem spytać.

- Powiedział pan, że to jego auto. Nie pomylił pan czegoś?

- Nie, skąd. To było... właściwie j e s t jego auto.

- Nie rozumiem... Przecież to auto jest zmasakrowane. Nawet nie wygląda jak samochód.

-To fakt, to fakt. Policjanci i strażacy, którzy wyciągali jego ciało z tego wraku też tak mówili, jak ty teraz. Trochę go wtedy skasowałem swoją ciężarówką, aż mi się pomarańczki na drogę wysypały z przyczepy. Cała ulica wtedy w kolorze pomarańczy była... A propo, chce pan się poczęstować? - wyciągnął dłoń z przekrojonym na pół owocem, ale ja obróciłem się na pięcie i wiele nie myśląc pobiegłem do wyjścia. Potrzebowałem świeżego powietrza, które czekało na mnie na zewnątrz. Gdy otwierałem główne drzwi, kątem oka spostrzegłem tabliczkę z napisem: “Ochronne obuwie obowiązkowe” i nie wiedzieć czemu uderzyłem ją pięścią. Biegłem przez całą powrotną drogę do domu.