wtorek, 13 maja 2008

Atrakcje w Forcie nad Bystrzycą


Skończyła się woda, skończył się chleb. Powietrze się niedługo skończy, a co za tym idzie... Nieważne, bo ja wytrzymam. Bez chleba, bez wody, a jak będzie trzeba to i bez powietrza. Wierzę, że uda mi się i bez niczyjej pomocy...


Jestem tu, w tym ciasnym pomieszczeniu, razem z trójką innych. Rozbitkowie - tak się nazwaliśmy. Siedzimy we czworo skuleni na betonowej podłodze w pokoju, który wymiarami przypomina większe, małżeńskie łóżko. Nie możemy się swobodnie poruszać, bo na drodze stoi nam inna osoba. Nie ma miejsca na nic. Śpimy na sobie, a gdy komuś chce się wstać to i tak stoi pochylony w pasie, gdyż pokój ten ma około półtora metra wysokości, może trochę więcej. Pod samym sufitem wentylacja, przez którą wpada nikłe światełko. Cela, która nas otacza, powoli zaczyna się wdzierać do nas samych...


Po mojej lewej stronie siedzi po turecku Gniewko. Szczupły blondyn z kompleksami większymi nawet od jego okularów. Panikarz, ale dobry chłopak. Po prawej leży Patrycja. Marudna, despotyczna hipokrytka, której osobiście nie znoszę. Naprzeciw drzemie Filip, którego w myślach nazwałem „Tajemnicą”. Odezwał się może kilka razy od kiedy nas tu zamknięto. Często czuję jego wzrok na sobie, ale to mogą być moje chore przywidzenia. Chyba lekko zaczyna mi tu odbijać...


Na jednej ze ścian Gniewko kamykiem zaznaczył pionową kreskę. Ósmą, stojącą grzecznie w równym rządku z siedmioma pozostałymi. Osiem dni. Osiem nocy. Puste plecaki służą teraz jako poduszki, a nie źródło kanapek i wody mineralnej. Moja wyprawa również nie przewidywała zabrania ze sobą prowiantu na osiem dni. Wyszedłem w czwartek, a w piątek wieczorem miałem już siedzieć przed telewizorem, pijąc piwo. Nie wiem zresztą po co wlazłem do tego bunkru. Może opowiem, jak to dokładnie było. Czasu mam aż nadto.


Ja, Adam i jego dziewczyna, Ola poszliśmy na wyprawę do Starego Lasu, za Lublinem. W lesie odłączyłem się od nich i poszedłem na stronę za potrzebą. Zobaczyłem tam niewielką, ale na tyle dużą dziurę w ziemi, by zmieścił się w niej człowiek. Podeszły do mnie trzy osoby, którymi okazali się moi obecni współtowarzysze niedoli. Każdy, widziałem to w ich oczach, miał ochotę sprawdzić co jest w środku owej jamy, nad którą staliśmy. Bez słowa wpakowałem tam nogę, nic nie mówiąc Adamowi i Oli, którzy na mnie czekali kilkadziesiąt metrów dalej, na szlaku. Wcisnąłem się i zapaliłem latarkę. Wielkie betonowe wnętrze starało się jakby zgasić tę jasność, którą tam wniosłem. Zafascynowany ruszyłem dalej, a za mną trójka takich samych wariatów, jak ja. Nagle, usłyszałem cichy, syczący dźwięk, który nie zwiastował nic dobrego. Zaczęło mi się kręcić w głowie, a ręce bezwładnie młóciły zadymione wnętrze bunkra. Straciłem przytomność. Obudziłem się razem z moimi towarzyszami w tym pokoiku i tylko domyślam się, że ciągle znajduję się w tym samym bunkrze. Powietrze dostarcza nam stara rura wentylacyjna, która chyba dość poważnie się w środku zaczopowała. Koniec opowieści, która doprowadziła mnie do tego punktu w moim życiu, który mi jakoś cholernie nie pasuje.


W trakcie krótkich rozmów z pozostałymi dowiedziałem się czegoś o nich, ale były to dość powierzchowne informacje. Najwięcej gadali Patrycja i Gniewko. Ona była studentką stosunków międzynarodowych i każdemu starała się, nawet w tych okolicznościach!, zaimponować swoją wiedzą, znajomościami i osobowością, którą podobno zjednywała sobie wszędzie przyjaciół. Tu jej się nie udało. Nie znosiłem jej pyszałkowatości, która jej wyzierała wprost z uśmiechniętej twarzy, gdy odsłaniała swoje pożółkłe zęby, by kolejny raz prawić samej sobie komplementy bardzo na wyrost. Z kolei Gniewko ujął mnie swoją skromnością i dystansem do samego siebie. Okazał się bardzo oczytanym i inteligentnym człowiekiem, który nie chwalił się swoją wiedzą, gdy nie musiał. Chciałbym, żeby Patrycja tak potrafiła, bo wytrzymać czasem z nią nie szło. O Filipie mogę powiedzieć tylko tyle, że miał bluzę z logo Led Zeppelin, co mi się akurat podobało, gdyż uwielbiam tę kapelę. Oprócz tego nie opowiem o nim nic więcej, bo nic więcej o nim nie
wiem. Z czasem okazało się, że nawet o sobie dowiedziałem się ciekawych rzeczy, o których dotychczas nie miałem pojęcia...


Ósmego dnia przyszedł kryzys, który najpierw dotknął Gniewka. Martwiłem się, bo bardzo się zżyliśmy i nawet nazywaliśmy się nawzajem przyjaciółmi. Zaczął się pocić, ciężko oddychać i co chwilę szlochać. Ogarniała go panika. Strach przepływał z każdym gwałtownym oddechem. Zdjął okulary i szukał w naszych oczach pomocy, rozwiązania problemu. Czekał, aż ktoś wyciągnie śliwki z tego parszywego kompotu, w które wpadły. Potem fobia udzieliła się Patrycji. Objawy te same, tylko ona cały czas gadała, by ją stąd wypuścić i krzyczała, wzywając pomocy. Widziałem zmęczonymi oczami, że w Filipie narasta złość, że siedzi między dwoma paranoikami, że uczestniczy w tej farsie. Nie mówił nic, ale widziałem jak co chwila przygryza suche wargi. Według naszych zegarków, dzień ósmy skończył się w napiętej, jak struna, atmosferze. Nie wiedzieć czemu bałem się zasnąć, gdy czułem na swojej skórze te nerwowe skurcze mięśni, zaciskanie oczu i ust, łzy i pot. Obawiałem się, że po przebudzeniu będzie jeszcze gorzej. Nie chciałem, by udzieliło się to mnie i odwlekałem zaśnięcie, siedząc z zamkniętymi oczami. Sen jednak przyszedł, a tej nocy chyba żaden koszmar nie zakłócił.


Rano, dziewiątego dnia, z Gniewkiem nie było już kontaktu. Mamrotał coś do siebie, skulony w pozycji embrionalnej. Palcami biegał po ustach i brodzie, jakby chciał sprawdzić, czy nadal ma swoją twarz. Patrycja płakała po cichu i w widocznym dla wszystkich spazmie zrezygnowania. Filip obserwował mnie spod swoich czarnych brwi. Jego twarz nie wyrażała zupełnie żadnych emocji. Zaciskał pięści w rytmicznych odstępach w czasie. Ścisk, rozluźnienie, ścisk, rozluźnienie... Cały czas jego wzrok spoczywał na mnie. Pochłaniał mnie w całości, docierał do najdalszych zakątków mojego umysłu, świdrował na wylot. W ułamku sekundy podniósł rękę i zdążyłem tylko zobaczyć metalową zapalniczkę Zippo lecącą w moją stronę. Ból rozprzestrzenił się na całą czaszkę, aż osunąłem się, zamroczony, po ścianie...


Otworzyłem oczy. Nade mną był sufit. Przysunąłem rękę do oczu i wpatrywałem się chwilę w datę. Był jedenasty dzień mojej przygody. Z trudem, powoli podniosłem głowę, by zobaczyć pozostałych. Nie udało się. Czaszka była jak z ołowiu i zaczęła mnie boleć. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk. Dźwięk konsumowanego posiłku. Pełen nadziei na napełnienie żołądka spróbowałem jeszcze raz unieść głowę. Udało się tym razem. Widziałem innych jak za mgłą, bo ból nie pozwalał na tak szybką adaptację oczu do nikłego światła pokoju. Jedli coś ze smakiem, głośno przełykając. Przetarłem oczy i zobaczyłem trzy czerwone twarze. Trzy pary oczu z obłędem w oczach. Tylko jeden uśmiech. To był Filip. Uśmiechał się, gdy z kącików ust ściekały mu stróżki krwi. Pałaszował szybko porcję mięsa, którą niemal wciskał sobie do gardła. Wszystkie twarze były we krwi, ręce też. I wtedy spojrzałem w dół... Widok, który napotkały moje oczy uwolnił we mnie ukryte siły, które wystrzeliły gromkim krzykiem. Nieartykułowany wrzask, którym starałem się zagłuszyć nadchodzącą falę bólu. Dreszcze raz za razem wstrząsały moim ciałem, zlał mnie lodowaty pot, a paznokcie niemal przebiły się przez beton, gdy zacisnąłem pięści. Bardzo, bardzo chciałem zemdleć. Stało się... Gdy traciłem przytomność, zdążyłem tylko wydusić z siebie kilka słów, które same przychodziły mi na język. Bredziłem coś o nogach, jedzeniu, znów nogach, krwi i Filipie. Przed całkowitą utratą świadomości, usłyszałem cieniutki głos Gniewka. Szczęśliwy głos. Ciągle przeżuwając, tonem opętanego szaleńca, jakby znajdował się w innym wymiarze, rzucił do mnie:


- Przepraszam cię, przyjacielu... ppprze-... przeee-... przepraszam, ale to jest takie smaczne. Takie smaczne... O Jezu, jakie to smaczne.

sobota, 22 marca 2008

...


Pardąsik za przerwę. W nagrodę - opowiadanie. Teraz poważnie proszę o komentarze, bo lubię jak się wypowiadają o moim megafunkypisaniu. WESOŁYCH ŚWIĄT.

bierzcie i czytajcie z tego wszyscy...


skrupulatność jest cnotą







Wlazłem do muzeum, sam nie wiem czemu. Podszedł do mnie jakiś człowiek i dał ciapy, takie foliowe. Były niebieskie i od razu mi się nie spodobały. Powiedziałem, że ich nie chcę, na co on, że muszę. Wziąłem, a stróż, bo tak go w myślach nazwałem, kazał mi zapłacić złotówkę. Niechętnie wręczyłem mu pieniążek w mokrą od pałaszowanych z apetytem pomarańczy dłoń. Ruszyłem w głąb gmachu ubrany, jak kretyn, w niebieskie ciapki.

Wnętrze muzeum było chłodne i ciemne. Wydawało mi się dostojne. Wkoło mnie panowała cisza, czasem płoszona przez jakiegoś jegomościa, który takim samym kretyńskim ciapem jaki ja miałem na nogach, szurnął za głośno o podłogę. Przyjrzałem się obrazom. Trafiłem na wystawę sztuki nowoczesnej.

Spostrzegłem stojącego nieopodal toalet mężczyznę, który przyglądał się uważnie rzeźbie, która wyglądała jak rezultat wypadku fiata 126p, którego czołowo zmiażdżył TIR. Człowiek ten jednak wydawał się być wyraźnie zachwycony tą instalacją, gdyż raz po raz obchodził ją wkoło. To z jednej, to z drugiej strony - tak bez końca. Przykuł moją uwagę bardziej, niż wystawiane dzieła, więc zbliżyłem się trochę.

Aparycja nieznajomego miała w sobie coś ze staromodnego trendu, który zwykłem nazywać “melonik i parasol”. Angielski gentleman - jeśli miałbym go opisać w dwóch słowach, to właśnie te dwa słowa bym wybrał. Zerknął na mnie spod melonika, który miał na sobie i uśmiechnął się, ale już do siebie, oglądając znów uważnie powypadkowego malucha do kasacji. Nie miał na sobie niebieskich kapci.

- Czemu nie założył pan ciapów ochronnych? Podobno każdy musi.

Obejrzał mnie od stóp do głów w dość przyjazny sposób i ponownie na jego twarzy zagościł ciepły, niemal dobroduszny uśmiech. Obszedł dookoła całą rzeźbę i z drugiej jej strony wychynął na mnie ze słowami:

- Ja ich nie potrzebuję. Woźny mnie zna i wie, że ja raczej posadzki nie porysuję.

Woźny to pewnie stróż, który wcisnął mi te niebieskie bambosze za złotówkę. Nie wyglądał na człowieka, który odpuszczałby nawet przyjaciołom.

- Tak? - nie dowierzałem. - Skąd pan może znać takiego gbura, jak on? Nie wygląda pan na takiego człowieka, który zadaje się z gburami.

- A na jakiego człowieka wyglądam według pana? - zagadnął ze stoickim spokojem, ignorując moją, bądź co bądź, mało wyszukaną uwagę.

- Na człowieka... hmm, z wyższych sfer. Na biznesman'a, nawet arystokratę.

Roześmiał się szczerze i dobrotliwie, bez choćby cienia szyderstwa. Spojrzał na mnie granatowymi oczami i ruszył znów wkoło rzeźby, tłumacząc powoli, niby dziecku:

- Człowiek, którego raczył pan nazwać gburem jest moim serdecznym przyjacielem, który od czasu do czasu pozwala mi przyjść w to miejsce i umożliwia mi oglądanie tych dzieł. Poznałem go dawno temu. Był kierowcą. Przewoził pomarańcze z Hiszpanii do Łotwy, aż do feralnego dnia wypadku, gdzie stracił prawo jazdy. Teraz pracuje tutaj. - taksującym wzrokiem sprawdził moją reakcję na tę opowieść, by zaraz dodać, niby od niechcenia:

- Wie pan co to za rzeźba?

Podzieliłem się z nim swoimi odczuciami, dotyczącymi znajdującej się przede mną kupy złomu. Zareagował inaczej niż zwykle. Przystanął i zamyślił się na dłuższy czas. Na obliczu nieznajomego zagościł chłód, który tylko spotęgował ten muzealniany. Poczułem dreszcze.

- Wie pan co? Pan niewiele się pomylił, wie pan o tym? - zrobił krok i gdy tylko na nowo zaczął swój dookołarzeźbiany spacer, wróciła jego dawna, ciepła aura. - To faktycznie jest samochód, który uległ wypadkowi, lecz spudłował pan co do marki. To Ford.

- Naprawdę? Skąd pan to wie? Trudno w tym... czymś w ogóle zobaczyć samochód.

- Często tu bywam. - szeroki, radosny uśmiech wprost do mnie. - Zresztą, to moja ulubiona rzeźba.

Nie rozumiałem jego zachwytu. Postanowiłem się pożegnać i zostawić go razem z podziwem, którym darzył splot rur i powyginanych blach. Skłoniłem się, a on oddał ukłon. Bez słowa ruszyłem w kierunku toalety. Gdy wyszedłem, korytarz był pusty. “Dziwak” - mruknąłem do siebie. Wsunąłem dumnie ręce do kieszeni i poszusowałem na swych niebieskich ciapkach do wyjścia.

Zza kontuaru wychylił się stróż i krzyknął na mnie, żebym się nie ślizgał, bo to nie lodowisko, tylko muzeum. Doceniłem i uszanowałem jego spostrzegawczość, z żalem odpuszczając sobie dalsze szusowanie, które zaczęło sprawiać mi niemałą frajdę. Zdjąłem kapcioszki i wpakowałem do wypełnionego nimi kosza. Rzuciłem z przekąsem, że to faktycznie muzeum, a nie porodówka, żeby w takich obciachowych ochraniaczach chodzić, ale woźny bądź nie usłyszał, bądź słyszeć nie zamierzał, ignorując mnie zupełnie. Spytałem wtedy dlaczego pozwala chodzić bez ochraniaczy panu z melonikiem. Spojrzał na mnie wielkimi oczami. Pytanie potraktował jak policzek. Burknął:

- Komu? Każdy kto tu wchodzi musi założyć ochraniacze.

- Eleganckiemu jegomościowi w meloniku. On tych niebieskich papuci na nogach nie miał.

- Panie! Czy ja wyglądam na kogoś, z kogo sobie można żartować? Nikt bez ochraniaczy nie ma prawa chodzić po muzeum - niemal wykrzyczał to ostatnie zdanie, plując mi w twarz pomarańczą, którą kończył, a której skórki trzymał kurczowo w dłoni. - A jak się panu zasady BHP nie podobają, to do kierownika ze skargą. Albo lepiej - do ministra jakiego.

- No tak. Dobrze już... Tylko tamten pan mówił, że pana zna. Opowiadał, że był pan kierowcą i woził pan pomarańcze, potem miał pan wypa...

- Co ty wygadujesz? - przerywając mi, przeszedł ze mną dyskretnie na “ty”. - Opisz mi jeszcze raz, jak ten człowiek wyglądał. Melonik miał, powiadasz... No a oczy? Kolor oczu?

- Niebieskie. Bardzo ciemne... Granatowe wręcz. Oglądał samochód. Forda po wypadku, z którego ktoś tu dzieło sztuki próbował zrobić.

- No tak! Znam go. Oczywiście, że go znam. Tylko dziwię się, że go widziałeś, bo nie zauważyłem, żeby dziś przyszedł z wizytą do muzeum. Pewnie jeszcze nie przyjrzał się dokładnie swojemu ukochanemu autu. - zaczął skubać nową pomarańczę, dając mi do zrozumienia, że skończył ze mną rozmowę. Zdumiała mnie jednak pewna rzecz, o którą musiałem spytać.

- Powiedział pan, że to jego auto. Nie pomylił pan czegoś?

- Nie, skąd. To było... właściwie j e s t jego auto.

- Nie rozumiem... Przecież to auto jest zmasakrowane. Nawet nie wygląda jak samochód.

-To fakt, to fakt. Policjanci i strażacy, którzy wyciągali jego ciało z tego wraku też tak mówili, jak ty teraz. Trochę go wtedy skasowałem swoją ciężarówką, aż mi się pomarańczki na drogę wysypały z przyczepy. Cała ulica wtedy w kolorze pomarańczy była... A propo, chce pan się poczęstować? - wyciągnął dłoń z przekrojonym na pół owocem, ale ja obróciłem się na pięcie i wiele nie myśląc pobiegłem do wyjścia. Potrzebowałem świeżego powietrza, które czekało na mnie na zewnątrz. Gdy otwierałem główne drzwi, kątem oka spostrzegłem tabliczkę z napisem: “Ochronne obuwie obowiązkowe” i nie wiedzieć czemu uderzyłem ją pięścią. Biegłem przez całą powrotną drogę do domu.

poniedziałek, 25 lutego 2008

Przystawka

Proszę o wybaczenie za moje lenistwo. W ramach drobnej rekompensaty za nieuzupełnianie Imperialnych wiadomości zbyt często, serwuję "Przygody EmoJack'a"... sirwuple... http://chileanempire.stripgenerator.com/

piątek, 8 lutego 2008

ESKA szaleje w eterze na rowerze

Wino i serek Brie, a z głośników Elvis Costello, na zmianę z Syd'em Barrett'em. Czyli można pisać...

a) Irlandczycy są uroczy
b) Irlandczycy są chorzy

Jest sobie festiwal, który z muzyką ma niewiele wspólnego, choć z założenia jest jak najbardziej muzyczny. Jest to festiwal Eurowizji. W tym roku odbędzie się w Belgradzie - zainteresowanym, gdzie to miasto się mieści, pozostaje zajrzeć do wikipedii. Jestem też ciekaw ile osób faktycznie nie wie, jakiego kraju Belgrad jest stolicą i sprawdzi to w owej wikipedii. W każdym razie będzie to stolica rozśpiewana/roztańczona, aż miło.
Każdy europejski kraj, który się do takiej Eurowizji zakwalifikuje, wysyła tam swoich "artystów". W celu godnego reprezentowania ojczyzny, oczywiście - nie na zawsze. Czasem szkoda, że nie na zawsze.
W tym roku nie znam chyba ani jednego polskiego wykonawcy... Afromental, Edi Ann, Kasia Nova, Margo, Man Meadow, Sandra Oxenryd (sic!), Starnawski&Urban Noize, Queens, Plastic, z czego ci ostatni chyba mogą się sprawdzić, jako że cały pic polega chyba na plastiku. No ale to nie koniec listy ludzi z nikąd. Do tego dokładamy jeszcze trzy dzikie karty - Żywiołak, Izabella Kopeć i Nataszka Urbańska, protegowana niejakiego Janusza J. Ona przynajmniej na festiwalu E. wyglądałaby jako tako. Za nogi dostałaby może miejsce w pierwszej 20stce. Za piosenkę - w pierwszej 70tce.
Jest jednak artystka, której początkowo nie wymieniłem. Artystka z najpotężniejszego kraju świata, artystka znana i szanowana. Artystka o subtelnej urodzie klaczy wyścigowej, czyli Isis Gee! Brawa!
Teraz poważnie... Kto to? Skąd ona się wzięła? Czemu jest popularna? Jakie ma prawa do reprezentowania naszego kraju? Co ona w ogóle śpiewa? - Chyba nie tylko ja zadaję sobie takie pytania... Kobita po polsku mówi jak Ebi Smolarek, tylko jemu Polska wybacza słabą dykcję, a z niej się śmieją. No ale reprezentować nasz kraj będą oboje. Smolarka nam zazdroszczą, a Isis...?
W każdym razie jej końska twarz, jeśli zakwalifikuje się do festiwalu, będzie musiała pokonać największego przeciwnika imprezy. Będzie to Dustin The Turkey, który przyjedzie z Irlandii... Nie jest to nazwa zespołu, w nędznym guście naszego Żywiołaka, czy Starnawski&Urban Noize, tylko ptak. Indyk. Tak, właśnie indyk, bo Irole ślą ptaszka na festiwal piosenki. Nie wiedziałem, że z ich ojczystą muzyką jest AŻ tak źle, mimo że wiedziałem od dawna o nędznym jej poziomie. Posunęli się do wysłania żałośnie wyglądającej maskotki, wyglądającej jak zszyte ze sobą skarpety jednego z nich, która ma śpiewać jedną ze swych infantylnych piosenek dla dzieci. Będzie to ukoronowanie kiczowatości festiwalu w Belgradzie, co nikomu chyba nie będzie przeszkadzać, bo im bardziej plastikowo, tym lepiej dla publiki. Przykro mi, że nadal jest to oglądane i ktoś w ogóle przywiązuje do tego pseudomuzycznego wydarzenia wagę...
Reasumując, szkoda mi naszego konia (niestety nie czarnego, bo pani Isis jest blondynką), bo wydaje mi się, że w całej swej pustej, prostackiej oprawie z kiczu i szmiry nie będzie w stanie zwyciężyć nawet z irlandzkim indykiem, Dustinem. Nie wiem tylko, czy wypada nam się z tego cieszyć, czy nie.

piątek, 1 lutego 2008

24 000 baci

Istnieje takie zjawisko jak "fenomen". Fenomen jakiejś rzeczy, fenomen jakiegoś słowa, czy odzywki, filmu, piosenki, bądź fenomen osoby, który mnie najbardziej interesuje. Gdyż jest taka osoba, która jest fenomenem od lat, co kłóci się trochę ze znaczeniem tego słowa, definiowanego współcześnie, jako "krótką, przemijalną modę na daną rzecz/osobę...etc."
Fenomenem tym, jest pewien artysta... Nazwijmy go, idąc za Kafką - P. Otóż ów P. ma w sobie wszystko, czego obecni pseudoartyści mogą tylko sobie zamarzyć, a ma on tego tyle, że mógłby się tym z nimi podzielić i jeszcze by zostało. Tą rzeczą jest "geniusz". Einstein, Picasso, Mozart, Dostojewski, P. ... tak, ci ludzie mają ze sobą jeden czynnik wspólny - geniusz właśnie. Każdy w swojej dziedzinie, oczywiście. Pragnę tylko przypomnieć, że P. i tak wygrywa, bo być geniuszem w naszych czasach jest trudniej, niż wiek, czy pół wieku temu.
Co chciałem osiągnąć, pisząc o P. w ten sposób? Nic. Nie przekonam prawdopodobnie nikogo do swojej tezy, że mamy do czynienia z artystą na miarę Chopin'a. Nie będę, zresztą, musiał tego robić... Fenomen ma to do siebie, że raz postrzeżony, wkręca się powoli w naszą świadomość, zastępując pierwotne poczucie estetyki, czymś nowym. Czymś genialnym. Sobą. Proces ten z reguły trwa bardzo powoli, przez co konsekwencje są bardziej widoczne - nie sposób bowiem ustrzec się przed działaniem fenomenu, gdy na to działanie będziemy przez długi czas wystawieni.
Czym jest tytułowe "24 000 baci"? Jest dowodem, że gdy P. zaczyna całować swoim absolutnym artyzmem, niezdefiniowanym podejściem do sztuki, odnajdując się wszędzie, jak gdyby to on narzucał style i gatunki muzyki, którą tworzy, bądź dawno już stworzono - nie kończy się na pierwszym pocałunku. Stopniowo dochodzimy do momentu, gdzie będziemy prosić go o więcej, i więcej, i więcej...

środa, 30 stycznia 2008

1/3

jeden egzamin bliżej do magistra. mam nadzieję, że każdy będzie tak wyglądał, jak ten dziś. poza tym morda, jewel i dużo innych fajnych osób dziś zdało, co miało zdać. jest super.

wtorek, 29 stycznia 2008

27.01.2008 - Mike Patton obchodzi 40-te urodziny

Publiczne Wystąpienie Głowy Państwa Chile (002)

Chyba spełniły się prorocze słowa apostoła Jana, bo oto zabrzmiała siódma trąba... Płonie polska stolica katolicyzmu, jedyna twierdza nieskalanej wiary, ostoja wszelkiej prawdy. Tak naprawdę, to płoną Zakłady Drobiarskie w Toruniu, co samo w sobie nie jest niczym ciekawym, lecz cała sytuacja ma głębsze znaczenie. Zagrożony jest bowiem Toruń i jego czystość. Wszystko to wygląda tak - płonie budynek pełen kurzych trupów, a miasto czeka na wybuch, który jest bardzo prawdopodobny, gdyż na zakładzie jest pięciotonowy zbiornik amoniaku. Amoniak jest niebezpieczny. Może wystąpić skażenie, które bez problemu obejmie część miasta. Jeśli dojdzie do wybuchu zbiornika, będzie to znak. Znak, którego wielcy tego miasta nie mogą przegapić. Mówię tu o Ojcu Wybawicielu. Jako jedyny prawdziwy katolik i mąż opatrznościowy narodu polskiego wykaże się pewnie niezobowiązującym miłosierdziem i wywiezie w swoim audi ludzi z najbardziej zagrożonych osiedli, położonych przy zakładach. Wykona kilka rundek, żeby zabrać wszystkich i ruszy dzielnie gasić pożar, z którym już teraz walczy 26 jednostek toruńskiej straży pożarnej. Gdy i to mu się, z maryjną pomocą, uda (a uda na pewno) udostępni wszystkie wolne pokoje w siedzibie Jedynego Radyja ewentualnym ofiarom tragedii i ugości ich przysmakami, jakie zwykł tam jadać na codzień. Mieszkańcy Torunia już się cieszą i biegną w ogień, bo znają francuskie podniebienie Ojca Redeptorysty i sami chcą przez moment poczuć się jak klasa o wiele, wiele wyższa. Gdy rany się zabliźnią, a gruzy zostaną usunięte - Ojczulek zacznie poszukiwać Żyda, który tak kiepsko zabezpieczył zakładową instalację elektryczną i komucha, który temu Żydowi wypłacił za to honorarium. Oczywiście, z maryjną pomocą, złapie jednego i drugiego i odda pod sąd. Boży, ma się rozumieć. Ojciec Dyrektor znów okrzyknięty będzie bohaterem, a Toruń - drugą Jasną Górą.

Mam nadzieję, że do wybuchu nie dojdzie, ale bądźmy pełni wiary w to, że pomyślne wiatry skierują ten ogień na naszą współczesną, zakłamaną Jasną Górę Radiową. Bóg naprawdę udowodniłby tym swoje istnienie i przekonał do siebie nawet największych ateistów.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

dowcip

kaczyński ma jednak poczucie humoru, bo opowiedział dowcip:

"PiS, jako formacja w gruncie rzeczy inteligencka, została skutecznie przedstawiona opinii publicznej jako formacja antyinteligencka. Odwrócenie tej sytuacji to jest nasze wielkie i wspólne zadanie. Cele PiS są zgodne z tym wszystkim, co zawarte jest w etosie polskiej inteligencji i zgodne także z tej inteligencji codziennym interesem."

lubię jarosława za tę jego swobodę żartu...