
Skończyła się woda, skończył się chleb. Powietrze się niedługo skończy, a co za tym idzie... Nieważne, bo ja wytrzymam. Bez chleba, bez wody, a jak będzie trzeba to i bez powietrza. Wierzę, że uda mi się i bez niczyjej pomocy...
Jestem tu, w tym ciasnym pomieszczeniu, razem z trójką innych. Rozbitkowie - tak się nazwaliśmy. Siedzimy we czworo skuleni na betonowej podłodze w pokoju, który wymiarami przypomina większe, małżeńskie łóżko. Nie możemy się swobodnie poruszać, bo na drodze stoi nam inna osoba. Nie ma miejsca na nic. Śpimy na sobie, a gdy komuś chce się wstać to i tak stoi pochylony w pasie, gdyż pokój ten ma około półtora metra wysokości, może trochę więcej. Pod samym sufitem wentylacja, przez którą wpada nikłe światełko. Cela, która nas otacza, powoli zaczyna się wdzierać do nas samych...
Po mojej lewej stronie siedzi po turecku Gniewko. Szczupły blondyn z kompleksami większymi nawet od jego okularów. Panikarz, ale dobry chłopak. Po prawej leży Patrycja. Marudna, despotyczna hipokrytka, której osobiście nie znoszę. Naprzeciw drzemie Filip, którego w myślach nazwałem „Tajemnicą”. Odezwał się może kilka razy od kiedy nas tu zamknięto. Często czuję jego wzrok na sobie, ale to mogą być moje chore przywidzenia. Chyba lekko zaczyna mi tu odbijać...
Na jednej ze ścian Gniewko kamykiem zaznaczył pionową kreskę. Ósmą, stojącą grzecznie w równym rządku z siedmioma pozostałymi. Osiem dni. Osiem nocy. Puste plecaki służą teraz jako poduszki, a nie źródło kanapek i wody mineralnej. Moja wyprawa również nie przewidywała zabrania ze sobą prowiantu na osiem dni. Wyszedłem w czwartek, a w piątek wieczorem miałem już siedzieć przed telewizorem, pijąc piwo. Nie wiem zresztą po co wlazłem do tego bunkru. Może opowiem, jak to dokładnie było. Czasu mam aż nadto.
Ja, Adam i jego dziewczyna, Ola poszliśmy na wyprawę do Starego Lasu, za Lublinem. W lesie odłączyłem się od nich i poszedłem na stronę za potrzebą. Zobaczyłem tam niewielką, ale na tyle dużą dziurę w ziemi, by zmieścił się w niej człowiek. Podeszły do mnie trzy osoby, którymi okazali się moi obecni współtowarzysze niedoli. Każdy, widziałem to w ich oczach, miał ochotę sprawdzić co jest w środku owej jamy, nad którą staliśmy. Bez słowa wpakowałem tam nogę, nic nie mówiąc Adamowi i Oli, którzy na mnie czekali kilkadziesiąt metrów dalej, na szlaku. Wcisnąłem się i zapaliłem latarkę. Wielkie betonowe wnętrze starało się jakby zgasić tę jasność, którą tam wniosłem. Zafascynowany ruszyłem dalej, a za mną trójka takich samych wariatów, jak ja. Nagle, usłyszałem cichy, syczący dźwięk, który nie zwiastował nic dobrego. Zaczęło mi się kręcić w głowie, a ręce bezwładnie młóciły zadymione wnętrze bunkra. Straciłem przytomność. Obudziłem się razem z moimi towarzyszami w tym pokoiku i tylko domyślam się, że ciągle znajduję się w tym samym bunkrze. Powietrze dostarcza nam stara rura wentylacyjna, która chyba dość poważnie się w środku zaczopowała. Koniec opowieści, która doprowadziła mnie do tego punktu w moim życiu, który mi jakoś cholernie nie pasuje.
W trakcie krótkich rozmów z pozostałymi dowiedziałem się czegoś o nich, ale były to dość powierzchowne informacje. Najwięcej gadali Patrycja i Gniewko. Ona była studentką stosunków międzynarodowych i każdemu starała się, nawet w tych okolicznościach!, zaimponować swoją wiedzą, znajomościami i osobowością, którą podobno zjednywała sobie wszędzie przyjaciół. Tu jej się nie udało. Nie znosiłem jej pyszałkowatości, która jej wyzierała wprost z uśmiechniętej twarzy, gdy odsłaniała swoje pożółkłe zęby, by kolejny raz prawić samej sobie komplementy bardzo na wyrost. Z kolei Gniewko ujął mnie swoją skromnością i dystansem do samego siebie. Okazał się bardzo oczytanym i inteligentnym człowiekiem, który nie chwalił się swoją wiedzą, gdy nie musiał. Chciałbym, żeby Patrycja tak potrafiła, bo wytrzymać czasem z nią nie szło. O Filipie mogę powiedzieć tylko tyle, że miał bluzę z logo Led Zeppelin, co mi się akurat podobało, gdyż uwielbiam tę kapelę. Oprócz tego nie opowiem o nim nic więcej, bo nic więcej o nim nie
wiem. Z czasem okazało się, że nawet o sobie dowiedziałem się ciekawych rzeczy, o których dotychczas nie miałem pojęcia...
Ósmego dnia przyszedł kryzys, który najpierw dotknął Gniewka. Martwiłem się, bo bardzo się zżyliśmy i nawet nazywaliśmy się nawzajem przyjaciółmi. Zaczął się pocić, ciężko oddychać i co chwilę szlochać. Ogarniała go panika. Strach przepływał z każdym gwałtownym oddechem. Zdjął okulary i szukał w naszych oczach pomocy, rozwiązania problemu. Czekał, aż ktoś wyciągnie śliwki z tego parszywego kompotu, w które wpadły. Potem fobia udzieliła się Patrycji. Objawy te same, tylko ona cały czas gadała, by ją stąd wypuścić i krzyczała, wzywając pomocy. Widziałem zmęczonymi oczami, że w Filipie narasta złość, że siedzi między dwoma paranoikami, że uczestniczy w tej farsie. Nie mówił nic, ale widziałem jak co chwila przygryza suche wargi. Według naszych zegarków, dzień ósmy skończył się w napiętej, jak struna, atmosferze. Nie wiedzieć czemu bałem się zasnąć, gdy czułem na swojej skórze te nerwowe skurcze mięśni, zaciskanie oczu i ust, łzy i pot. Obawiałem się, że po przebudzeniu będzie jeszcze gorzej. Nie chciałem, by udzieliło się to mnie i odwlekałem zaśnięcie, siedząc z zamkniętymi oczami. Sen jednak przyszedł, a tej nocy chyba żaden koszmar nie zakłócił.
Rano, dziewiątego dnia, z Gniewkiem nie było już kontaktu. Mamrotał coś do siebie, skulony w pozycji embrionalnej. Palcami biegał po ustach i brodzie, jakby chciał sprawdzić, czy nadal ma swoją twarz. Patrycja płakała po cichu i w widocznym dla wszystkich spazmie zrezygnowania. Filip obserwował mnie spod swoich czarnych brwi. Jego twarz nie wyrażała zupełnie żadnych emocji. Zaciskał pięści w rytmicznych odstępach w czasie. Ścisk, rozluźnienie, ścisk, rozluźnienie... Cały czas jego wzrok spoczywał na mnie. Pochłaniał mnie w całości, docierał do najdalszych zakątków mojego umysłu, świdrował na wylot. W ułamku sekundy podniósł rękę i zdążyłem tylko zobaczyć metalową zapalniczkę Zippo lecącą w moją stronę. Ból rozprzestrzenił się na całą czaszkę, aż osunąłem się, zamroczony, po ścianie...
Otworzyłem oczy. Nade mną był sufit. Przysunąłem rękę do oczu i wpatrywałem się chwilę w datę. Był jedenasty dzień mojej przygody. Z trudem, powoli podniosłem głowę, by zobaczyć pozostałych. Nie udało się. Czaszka była jak z ołowiu i zaczęła mnie boleć. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk. Dźwięk konsumowanego posiłku. Pełen nadziei na napełnienie żołądka spróbowałem jeszcze raz unieść głowę. Udało się tym razem. Widziałem innych jak za mgłą, bo ból nie pozwalał na tak szybką adaptację oczu do nikłego światła pokoju. Jedli coś ze smakiem, głośno przełykając. Przetarłem oczy i zobaczyłem trzy czerwone twarze. Trzy pary oczu z obłędem w oczach. Tylko jeden uśmiech. To był Filip. Uśmiechał się, gdy z kącików ust ściekały mu stróżki krwi. Pałaszował szybko porcję mięsa, którą niemal wciskał sobie do gardła. Wszystkie twarze były we krwi, ręce też. I wtedy spojrzałem w dół... Widok, który napotkały moje oczy uwolnił we mnie ukryte siły, które wystrzeliły gromkim krzykiem. Nieartykułowany wrzask, którym starałem się zagłuszyć nadchodzącą falę bólu. Dreszcze raz za razem wstrząsały moim ciałem, zlał mnie lodowaty pot, a paznokcie niemal przebiły się przez beton, gdy zacisnąłem pięści. Bardzo, bardzo chciałem zemdleć. Stało się... Gdy traciłem przytomność, zdążyłem tylko wydusić z siebie kilka słów, które same przychodziły mi na język. Bredziłem coś o nogach, jedzeniu, znów nogach, krwi i Filipie. Przed całkowitą utratą świadomości, usłyszałem cieniutki głos Gniewka. Szczęśliwy głos. Ciągle przeżuwając, tonem opętanego szaleńca, jakby znajdował się w innym wymiarze, rzucił do mnie:
- Przepraszam cię, przyjacielu... ppprze-... przeee-... przepraszam, ale to jest takie smaczne. Takie smaczne... O Jezu, jakie to smaczne.




