poniedziałek, 25 lutego 2008
Przystawka
Proszę o wybaczenie za moje lenistwo. W ramach drobnej rekompensaty za nieuzupełnianie Imperialnych wiadomości zbyt często, serwuję "Przygody EmoJack'a"... sirwuple... http://chileanempire.stripgenerator.com/
piątek, 8 lutego 2008
ESKA szaleje w eterze na rowerze
Wino i serek Brie, a z głośników Elvis Costello, na zmianę z Syd'em Barrett'em. Czyli można pisać...a) Irlandczycy są uroczy
b) Irlandczycy są chorzy
Jest sobie festiwal, który z muzyką ma niewiele wspólnego, choć z założenia jest jak najbardziej muzyczny. Jest to festiwal Eurowizji. W tym roku odbędzie się w Belgradzie - zainteresowanym, gdzie to miasto się mieści, pozostaje zajrzeć do wikipedii. Jestem też ciekaw ile osób faktycznie nie wie, jakiego kraju Belgrad jest stolicą i sprawdzi to w owej wikipedii. W każdym razie będzie to stolica rozśpiewana/roztańczona, aż miło.
Każdy europejski kraj, który się do takiej Eurowizji zakwalifikuje, wysyła tam swoich "artystów". W celu godnego reprezentowania ojczyzny, oczywiście - nie na zawsze. Czasem szkoda, że nie na zawsze.
W tym roku nie znam chyba ani jednego polskiego wykonawcy... Afromental, Edi Ann, Kasia Nova, Margo, Man Meadow, Sandra Oxenryd (sic!), Starnawski&Urban Noize, Queens, Plastic, z czego ci ostatni chyba mogą się sprawdzić, jako że cały pic polega chyba na plastiku. No ale to nie koniec listy ludzi z nikąd. Do tego dokładamy jeszcze trzy dzikie karty - Żywiołak, Izabella Kopeć i Nataszka Urbańska, protegowana niejakiego Janusza J. Ona przynajmniej na festiwalu E. wyglądałaby jako tako. Za nogi dostałaby może miejsce w pierwszej 20stce. Za piosenkę - w pierwszej 70tce.
Jest jednak artystka, której początkowo nie wymieniłem. Artystka z najpotężniejszego kraju świata, artystka znana i szanowana. Artystka o subtelnej urodzie klaczy wyścigowej, czyli Isis Gee! Brawa!
Teraz poważnie... Kto to? Skąd ona się wzięła? Czemu jest popularna? Jakie ma prawa do reprezentowania naszego kraju? Co ona w ogóle śpiewa? - Chyba nie tylko ja zadaję sobie takie pytania... Kobita po polsku mówi jak Ebi Smolarek, tylko jemu Polska wybacza słabą dykcję, a z niej się śmieją. No ale reprezentować nasz kraj będą oboje. Smolarka nam zazdroszczą, a Isis...?
W każdym razie jej końska twarz, jeśli zakwalifikuje się do festiwalu, będzie musiała pokonać największego przeciwnika imprezy. Będzie to Dustin The Turkey, który przyjedzie z Irlandii... Nie jest to nazwa zespołu, w nędznym guście naszego Żywiołaka, czy Starnawski&Urban Noize, tylko ptak. Indyk. Tak, właśnie indyk, bo Irole ślą ptaszka na festiwal piosenki. Nie wiedziałem, że z ich ojczystą muzyką jest AŻ tak źle, mimo że wiedziałem od dawna o nędznym jej poziomie. Posunęli się do wysłania żałośnie wyglądającej maskotki, wyglądającej jak zszyte ze sobą skarpety jednego z nich, która ma śpiewać jedną ze swych infantylnych piosenek dla dzieci. Będzie to ukoronowanie kiczowatości festiwalu w Belgradzie, co nikomu chyba nie będzie przeszkadzać, bo im bardziej plastikowo, tym lepiej dla publiki. Przykro mi, że nadal jest to oglądane i ktoś w ogóle przywiązuje do tego pseudomuzycznego wydarzenia wagę...
Reasumując, szkoda mi naszego konia (niestety nie czarnego, bo pani Isis jest blondynką), bo wydaje mi się, że w całej swej pustej, prostackiej oprawie z kiczu i szmiry nie będzie w stanie zwyciężyć nawet z irlandzkim indykiem, Dustinem. Nie wiem tylko, czy wypada nam się z tego cieszyć, czy nie.
piątek, 1 lutego 2008
24 000 baci
Istnieje takie zjawisko jak "fenomen". Fenomen jakiejś rzeczy, fenomen jakiegoś słowa, czy odzywki, filmu, piosenki, bądź fenomen osoby, który mnie najbardziej interesuje. Gdyż jest taka osoba, która jest fenomenem od lat, co kłóci się trochę ze znaczeniem tego słowa, definiowanego współcześnie, jako "krótką, przemijalną modę na daną rzecz/osobę...etc."Fenomenem tym, jest pewien artysta... Nazwijmy go, idąc za Kafką - P. Otóż ów P. ma w sobie wszystko, czego obecni pseudoartyści mogą tylko sobie zamarzyć, a ma on tego tyle, że mógłby się tym z nimi podzielić i jeszcze by zostało. Tą rzeczą jest "geniusz". Einstein, Picasso, Mozart, Dostojewski, P. ... tak, ci ludzie mają ze sobą jeden czynnik wspólny - geniusz właśnie. Każdy w swojej dziedzinie, oczywiście. Pragnę tylko przypomnieć, że P. i tak wygrywa, bo być geniuszem w naszych czasach jest trudniej, niż wiek, czy pół wieku temu.
Co chciałem osiągnąć, pisząc o P. w ten sposób? Nic. Nie przekonam prawdopodobnie nikogo do swojej tezy, że mamy do czynienia z artystą na miarę Chopin'a. Nie będę, zresztą, musiał tego robić... Fenomen ma to do siebie, że raz postrzeżony, wkręca się powoli w naszą świadomość, zastępując pierwotne poczucie estetyki, czymś nowym. Czymś genialnym. Sobą. Proces ten z reguły trwa bardzo powoli, przez co konsekwencje są bardziej widoczne - nie sposób bowiem ustrzec się przed działaniem fenomenu, gdy na to działanie będziemy przez długi czas wystawieni.
Czym jest tytułowe "24 000 baci"? Jest dowodem, że gdy P. zaczyna całować swoim absolutnym artyzmem, niezdefiniowanym podejściem do sztuki, odnajdując się wszędzie, jak gdyby to on narzucał style i gatunki muzyki, którą tworzy, bądź dawno już stworzono - nie kończy się na pierwszym pocałunku. Stopniowo dochodzimy do momentu, gdzie będziemy prosić go o więcej, i więcej, i więcej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)